Mistrz, czyli Ty

 

Czym jest Mistrz? Jaki jest jego wymiar? Czy Mistrzostwo można zmierzyć? Tymi pytaniami otaczał mnie świat. Nie otaczałam się nimi sama, bo na to zabrakło mi odwagi. Subtelność granicy pomiędzy inspiracją a zatraceniem Siebie wyzwalała lęk. I to jemu stawiłam czoła, sięgając największego Mistrzostwa: własnego.

 

Mistrz – tyle razy słyszałam to pojęcie. Wielokrotnie sama z niego korzystałam. Było jak obietnica spełnienia. Wyzwolenia. Podążałam za nim i ja, nie wiedząc, czym dokładnie jest. Tak było wygodnie. Wiedza prowadzi do odpowiedzialności za własne życie. Jej brak pozwala przed odpowiedzialnością uciekać. A kiedy na brak wiedzy nałoży się wizerunek Mistrza, znieczula się cisnącą się do życia niezgłębioną i nieokiełznaną własną moc. 

 

Wyjdź poza Siebie – i wróć PRZYTOMNIE

 

Na zewnątrz – tam szukałam. I kiedy to, w czym upatrywałam mistrzostwa, wyzwalało we mnie pokłady mojej siły i piękna, dziękowałam nie Sobie, którą to Piękno jest, a narzędziom, dzięki którym się na nie otworzyłam. Przyszedł kres: wyczerpały się przesłanki ku temu, by od Siebie uciekać. Im bardziej kierowałam swoje spojrzenie na innych – myśląc, że tak sięgam Siebie – tym bardziej doskwierała mi samotność. Zakotwiczałam się w tych, którzy przychodzili do mojego życia. A oni wnosili po prostu mnie. Tę, o którą się tak dopominałam. Tę, której nie umiałam przyjąć.

Przyszedł moment, że wyszłam poza Siebie. Poza obszar, którego i tak nie znałam. Lęk przed nieznanym – to on przejął nade mną władzę. Szłam w to, co widziałam, a czemu umiałam nadać twarz. Spenetrowałam piękno spotykanych osób. Zanurzyłam się też w ich ciemnej stronie. I nic. Nie nastało nic. Taki ocean nieskończonego, a ja czułam się wyzuta z istoty. Aż w końcu wróciłam. Wróciłam od miłości pozornej do tej jedynej. Do źródła, któremu nie pozwalałam tętnić życiem. Do własnego serca, którego przestałam się bać.

 

Czego się boisz?

Ja bałam się niezależności. Wolności, która się we mnie szamotała. Kiedy przywracamy sobie wolność, nie ma się już czego złapać. Nie ma w co się schować. Nie ma za czym się ukryć. Nie ma na co przerzucić odpowiedzialności. Wszystko to trzeba dźwignąć. Łatwiej widzieć to w innych – wówczas Pięknem karmimy się w lekkości. Ale wysycić się nim po własne brzegi jest sztuką największą. Mieć odwagę, by zwolnić w sobie przestrzeń na Siebie. Takiego, jakim jestem. Uznać Siebie w pełni – to jest w moim odczuciu najprawdziwszy wymiar Mistrzostwa.

 

Jestem tym, którego widzą we mnie inni

- tymi słowami odpowiedział jeden z oświeconych nauczycieli, spytany o to, kim jest. I to jego odpowiedzią pojęłam Siebie. Zanurzamy się w Mistrzach, bo są wymiarem Absolutu. Absolut z natury jest wszystkim. To, co w danym momencie wnosi w nasze życie, jest tak naprawdę odzwierciedleniem nas samych (a nie nauczyciela jako takiego). Rezonuje z naszą wewnętrzną potrzebą. Dostraja się do niej. I dla każdego będzie czym innym – będąc wszystkim zarazem.

Po co przychodzą wielcy nauczyciele? Nie po to, by wnieść siebie. Zanurzają nas w nas samych. To tylko umysł podszeptuje, że wraz z ich odejściem odejdzie istota. Ich obecność dotyka istoty w nas. Ich odejście jest tym, co w nim zobaczysz. Może Cię złamać – albo wzmocnić ponad wszelką miarę. I miary już nie będzie. Pozostanie jeden wymiar – przytomnej świadomości, która jest kluczem ku wolności.  

 

Odpowiedzi