O co chodzi z tą miłością?

Chodzimy za nią całe życie. Całe życie każąc jej tak naprawdę czekać na naszą gotowość. Czy można czegoś tak głęboko pragnąć, że aż zacząć przed tą głębią uciekać?

Gdzie się podziała miłość? – pyta czasem nasza tęsknota. Im więcej jest tego zapytania, tym mniej przestrzeni dla miłości. Zagadujemy ją. Ubieramy w pytania, nieproszone odpowiedzi i milion scenariuszy. Tymczasem ona jest piękna dokładnie taka, jaka już jest – naga. W swojej prawdzie. Nie zawsze zgodnej z naszym o niej wyobrażeniem. Nierzadko będąca zaprzeczeniem tego, co snuje się w myślach. Nieustająco piękna, tylko pozbawiona naszej gotowości na przyjęcie jej prawdy.

Miłość bez recepty

Zazwyczaj wydawaną receptą na miłość jest otwarcie własnego serca. Bierzemy tę poradę, po czym odkładamy ją na margines życia. Nie po drodze nam z receptami, które ładnie i schludnie wyglądają jedynie na świstku papieru czy rzucone mądrym, cudzym tonem. Nam zdecydowanie bliżej do chaotycznych, nieokrzesanych autentycznych doświadczeń tego, co przychodzi pod hasłem miłość. I nie jest to błąd. To droga. Jak każda inna. Jeśli własna i prawdziwa, w zgodzie ze sobą – to najlepsza. Nie najlepsza w „powszechnym”, nieprzystającym do nikogo rozumieniu. Skrojona na naszą, indywidualną miarę. Są tam pomyłki. Są głębokie rozczarowania. Możemy skupić się na tym „rozczarowaniu” – albo dostrzec to „głębokie”. Bo żeby dać się głęboko rozczarować, trzeba najpierw dotknąć/pozwolić komuś na dotknięcie naszej głębi. A to samo w sobie jest pięknem i mocą.

Otwórz drugiego człowieka

Nie jest łatwo „otworzyć się na miłość” – bo i co to właściwie znaczy? Znaczy tyle, ile w głowie czy doświadczeniu ma wypowiadający te słowa. Dla nas może być pustką do sztucznego wysycenia. Lepsza prawda – może i kulejąca, ale za to już wysycona. Własnym, wewnętrznym wołaniem. Puszczonym wolno, bez ciśnienia. Czasem odejście od „ja” okazuje się być najskuteczniejszym do niego powrotem. Kiedy zaczynamy widzieć świat drugiego człowieka – nie po to, by wysycić go naszą prawdą, uciekając tym samym od siebie, a po to, by dać mu się rozlać jego prawdą – wówczas dotykamy wymiaru, którego nie da się opisać. Słyszymy zapis historii czyjegoś serca. Słuchamy i słyszymy. Nie podejmując prób uzdrawiania tego, co w tym sercu bije. Zaufanie. Wtedy się rodzi. Ktoś widzi i czuje, że ma w nas sprzymierzeńca. Nie dla tego, co powie czy zrobi – a dla tego, kim jest. Prawdą. Jeśli akceptujemy drugiego człowieka w jego bezwzględnej prawdzie, jego serce zaczyna się otwierać. To doświadczenie przekracza ludzkie wyobrażenie o tym, czym jest miłość. Nie można jej wtłoczyć. Nie można jej wymusić. Można ją wyzwolić. Własną obecnością, która nie ocenia i nie radzi – po prostu jest. Takie nic, które… wszystkim.

Odrodzeni zwyczajnym byciem

Nie chodzi o poświęcenie. Bo w nim tkwi miłości pogrzebanie. W poświęceniu jest zniewolenie – siebie i drugiej strony. Kiedy wychodzimy poza poświęcenie, pozostawiając bycie, proste, zwyczajne – i w swojej prostocie i zwyczajności właśnie tak nadzwyczajne – powraca spokój. Zawsze tam był. W cierpliwym oczekiwaniu na naszą gotowość. Ze spokojem dużo łatwiej przyjąć jest siebie. Miłość, którą… jesteśmy. Pozwól jej być – będąc świadomie dla innych.

serce płomień