Powrót na ziemię: najwyższy stopień wtajemniczenia

 

Otwierasz się na duchowość. I jedynym, co czujesz, jest zachwyt. Dopełniło się – myślisz. Sięgnąłem swojego szczytu. Z czasem Twój szczyt przestaje nieść wartość, którą mu początkowo przypisywałeś. Tracisz kontakt z rzeczywistością i zostajesz na szczycie… niezrozumienia.

Najwyższy - niezrozumienie

Zażenowanie. Jedna z pierwszych emocji, z jakimi przyszło mi się zmierzyć, kiedy w ramach pogłębiania swojej „duchowości” uczestniczyłam w „otwierającym przestrzeń serca” warsztacie. Dzisiaj już wiem, że ta prawdziwa przestrzeń serca nie wymaga żadnego warsztatu. Wymaga bardzo –ale otwarcia się na tę prawdę, którą nosimy w sobie, a którą tak często wypieramy. A jedną z oznak jej wyparcia jest przekierowanie na zewnątrz – do kolejnych warsztatów i kursów, którymi zagłuszamy to, na co nie ma w nas zgody. Naszą własną niemoc. A tej nie trzeba ani zagłuszać, ani pokonywać. Wystarczy ją jedynie zaakceptować. Bo to akceptacja jest największą z supermocy. I kiedy akceptujemy naszą niedoskonałość– stajemy się w swojej akceptacji najdoskonalsi.

Uzależnieni od „duchowości”

„Czułam się tak, jakbym znowu wracała z torbami pełnymi nikomu niepotrzebnych zakupów. W poczuciu wstydu” – mówiłam, kiedy jakiś czas po tym doświadczeniu pytano mnie o mój odbiór tego warsztatu. I tak pojęłam mechanizm, który targał mną przez lata: uzależnienie. Wydawało mi się, że wstępując na ścieżkę doskonałości – bo czymże niby miała być ta wychwalana „duchowość”? – zdejmuję  z siebie całe piętno dotychczasowych schematów. Słowo klucz: wydawało mi się. Uzależnienie, za które mnie piętnowano, zastąpiłam innym – tyle tylko, że tym razem kwalifikującym mnie w oczach co poniektórych do wyjątkowości i stanu wtajemniczenia godnego pozazdroszczenia. I tak, było czego zazdrościć: gdyby nie tamto doświadczenie, nie wróciłabym z tych przestworzy na ziemię. Dopiero poczucie tym warsztatem tego, czym sama siebie w przeszłości pogrzebałam, uprzytomniło mi, że to jest jedna i ta sama siła: zmieniłam jedynie jej wektor, ale chociaż pozornie wspinałam się bardzo wysoko, staczałam się do granic nieprzytomności.

Miłość przehandlowana na duchowość

„Odleciali” – tak o nich mawiają. Jest w tym ocena, jest w tym niezrozumienie. Dopiero kiedy weszłam w poziom akceptacji – przede wszystkim samej siebie, pojęłam: nie wracają na ziemię do tu i teraz nie ci, którzy są winowajcami, a ci, którzy winowajcami się czują. Ci, którzy doświadczyli głębokiego zranienia. Dlaczego głębokiego? Bo mają niezwykle piękną wrażliwość. Wrażliwość o takiej skali, że każde jedno uderzenie jest ich w stanie zabić. A kiedy tej śmierci cząstki siebie doświadczą, przehandlowują czynnik, którym zostali zranieni, na to, co w teorii krzywdy nie jest w stanie zrobić. I zamiast uzdrawiać zranione serce, przehandlowują je na duchowość. A ta – choćby i najbardziej wzniosła – bez podparcia w materii, nigdy nie da pełni. Uwypukli jedynie pustkę po zamkniętej przestrzeni serca. Bo wypierając coś – przyciągamy to razy trzysta. I choćbyśmy duchowością próbowali uleczyć zranienie miłosne, uciekając w sferę wyobraźni i astrali, uwypuklimy jedynie ból wewnętrzny. Bo natura domaga się równowagi. I jeśli ładujemy energię w góry, to doły zaczynają się upominać o takie same nakłady.

Uziemienie: kocham i rozumiem

Powrót na ziemię jest tak naprawdę jedyną drogą powrotu do równowagi. Tej, której upatrujesz w podróżach astralnych i łączności z tym, co nienamacalne. Kiedy przywracasz sobie grunt pod nogami, znika poczucie zagrożenia i wyobcowania. I już nie musisz nigdzie uciekać – bo jest Ci dobrze tu i teraz: w każdej jednej sekundzie Twojego życia, które sobie przywróciłeś. Życie w przestworzach jest życia zaprzeczeniem – uciekasz od życia. I realizujesz coś, czego nikt uziemiony nie jest w stanie zrozumieć. A niezrozumienie generuje chęć… ucieczki. I tak koło się zamyka. Tworzysz sobie podziemny krąg znajomych, w którym Twoje poczucie przynależności znajduje spełnienie. Tylko co Ci po przynależności do czegoś i kogoś, czego i kogo tak naprawdę nie ma? Żeby być, w pełni i prawdziwie, trzeba zapuścić korzenie. I chociaż nie jest to łatwe, to jest najpiękniejszym stanem, jakiego doświadczyłam: najwyższym stopniem wtajemniczenia <3

Działanie: najlepszy proces <3

Wcześniej warsztat gonił warsztat. Nieprzytomna z nadmiaru i zachłyśnięcia się swoją wyjątkowością zaliczyłam podniebny… zgon. Duchowe ego, rozbuchane do granic możliwości, wypaliło we mnie przytomność. I chociaż niechęć do codzienności kazała pchać mnie ku „rozwojowi”, tracąc kontakt z rzeczywistością zaprzeczałam istocie życia. I życia na… życie zabrakło. Wpadłam w pętlę pomylenia – kiedy to jeden proces czyścił poprzedni. Mądry człowiek powiedział mi wówczas „Wiesz, co jest najlepszym procesem?” Ja, spijając z jego ust kolejne remedium na życiowe troski i niepokoje, zamarłam w oczekiwaniu na mającą mnie zbawić odpowiedź. „Działanie” – dopowiedział. Po czym odciął się ode mnie, by przestrzeń, którą oddawałam mającym mnie zbawić „mistrzom” przywrócić temu największemu: Sobie.

Zwyczajność nadzwyczajna

Od tej pory rodzący się niepokój czy powracające poczucie winy przekuwałam w moje osadzenie poprzez namacalne działania: zapisałam się na kurs… tańca, by przytomnie liczyć kroki :), co okazało się być najskuteczniejszym sposobem na pozbycie się stresu czy frustracji. Pytana o to, na jaki warsztat pojadę w weekend, odpowiadałam z uśmiechem „W tym tygodniu chyba na kurs szycia, ewentualnie robienia na drutach”. A radość płynąca z oderwania się od tematyki „rozwoju” tworzyła grunt pod kolejne działania w tu i teraz. Nastał moment, kiedy w zachwycie wyrzuciłam z siebie „Boże, jaka ta zwyczajność jest nadzwyczajna”. A najpiękniejsze jest to, że moment ten okazał się być… całym moim Życiem. Życiem człowieka nie „przebudzonego” – życiem człowieka „przytomnie przebudzonego”* <3

Przytomnie przebudzony

Bo powrót na ziemię nie odebrał mi nic z tego, na co się otworzyłam – on to jedynie ugruntował. Pozwolił mi na świadome zarządzanie własnym życiem – kiedy to już nie czynniki zewnętrzne mają nade mną jakąkolwiek władzę, a ja sama. Jedyne siedlisko mocy jest w nas samych – a dostęp do niego jest niczym nieograniczony. Kluczem, który ma każdy, jest jedynie wola naszego serca. A do jej realizacji nie potrzeba nam niczego ponad to, kim i czym jesteśmy.  Pozwól sobie na bycie w pełni – w każdej jednej sekundzie Twojego życia:  zwyczajnego Cudu <3

*cytat z wypowiedzi Anny Długołęckiej

 

Odpowiedzi