„Przepraszam”, którego nie było

Nie chce przejść przez gardło. „Przepraszam” – słowo, które blokuje przepływ naturalnych emocji w relacji. Jednak to nie ono dusi najbardziej. Najbardziej boli „Wybacz mi” – jego skala dotyka samego serca.

„Po prostu ją/go przeproś” – słyszymy już od najmłodszych lat. Wraz z dopełnieniem tego „obowiązku” wiąże się obietnica odpuszczenia. Powiemy i będzie po sprawie. Tylko że sprawa wcale nie znika – ona narasta. Powierzchownie już jej nie ma, tymczasem głęboko w nas samych siedzi i wyszarpuje uwagę emocja, której nie dano nam kiedyś wyrazić. Emocja, którą nie tylko pozwolono, ale wręcz nakazano nam przykryć jednym „Przepraszam”.

Pustka rzucanych słów

To „przepraszam” jest najczęściej wyrzucone. Z gardła, w którym nierzadko rośnie tzw. gula. To słowo nic nie wnosi – nie bierze się z trzewi i ich prawdy. Przychodzi z lęku. Najczęściej jest to lęk przed wyrażeniem samego siebie. Jeśli dajemy mu prawo do tego, by przejął nad nami kontrolę, „przepraszam” nie tylko niczego nie wnosi – ona zabiera. Zabiera przestrzeń na autentyczność. Na głębię doświadczanych uczuć. Zamiast się z nimi konfrontować i czerpać z nich naszą siłę i potencjał, uciekamy w pustkę słowa. Przywiera do nas niczym maska. W którymś momencie zatracamy świadomość tego, skąd w nas tak silne reakcje. Na czyjeś spóźnienie, na niedotrzymanie obietnicy. To wyzwala złość. Złość, która potrafi nami zawładnąć – a  wówczas rzucanie słowami może przyjąć rażącą w swojej istocie siłę.

Zranieni do szpiku własnego lęku

Wyparcie. Wyparcie własnych stanów emocjonalnych. To ono tak naprawdę rani najbardziej. Im bardziej je wypieramy, tym płycej i powierzchowniej żyjemy. O lęku już nawet nie mówimy. Samo dotknięcie go „słowem” zdarza się wtedy wyzwolić w nas potężny dyskomfort. I do tej naszej największej potęgi – własnej głębi – jest nam już coraz dalej. Brniemy w to zaklęte „przepraszam”, budując mur utrudniający innym dotarcie do nas. „Przepraszam” daje nam kontrolę. To my jesteśmy tymi, którzy podejmują działanie, a zatem „rozdają karty”. Kurczowo trzymamy linkę, przeciągając ją dla pozornego bezpieczeństwa na własną stronę. A co by się stało, gdybyśmy puścili kontrolę? Gdyby to jedno puste „przepraszam” zastąpić nieokiełznanym w swojej skali i głębi „wybacz mi”?

„Wybacz mi”, czyli czysta odwaga

Odwaga może być na pokaz. Na chwilę i jej ulotność. A może być naprawdę. Kiedy obnażamy własną wrażliwość, wtedy dotykamy jej najmocniej. Uruchamiamy jej potęgę. Żeby zwrócić się do kogoś słowami „wybacz mi” – patrząc mu w oczy – trzeba mieć niezwykłą charyzmę i samorozpoznanie. „Wybacz mi” jest oddaniem pałeczki drugiej stronie. To nie my coś robimy – dajemy przyzwolenie, ba, prosimy, by to ktoś podjął działanie. Upoważniamy go do przyjęcia roli tego, który ma wpływ. Który ma głos. Ten głos nie zawsze wybrzmiewa czysto. Czasem wnosi brud dotychczasowego zranienia i braku umiejętności zakomunikowania go. Jest przy tym dużo kurzu nagromadzonych i raptownie wyzwolonych emocji. Czy są nas w stanie dotknąć i złamać? To zależy tylko od tego, jaką mamy relację… z samym sobą. Jeśli nasza intencja jest czysta, a własny cień zintegrowany i uznany – nawet największy brud nie pozostawi śladu w naszym wnętrzu. Nie skryje się w zakamarku, do którego z lękiem będziemy podchodzić – bo w zintegrowanym cieniu nie ma już miejsca na zakamarki. Jest harmonia, w której nawet największy kurz przechodzi filtrację serca. Z tej konfrontacji nie wynika żadne „zło”. Stamtąd bierze się zrozumienie (co nie jest równoznaczne z „przyzwoleniem na wszystko”). „Przepraszam” tam już nie dusi. Nie zawsze się tam rodzi – co nierzadko  jest najbardziej świadomym i odpowiedzialnym krokiem w budowaniu zdrowych relacji. Zamiast tego może się pojawić pełne mocy „dziękuję”. Dziękuję za to, że podzieliłeś się ze mną swoim stanem. Kiedy dotkniesz w sobie tego miejsca, dotkniesz istoty. I choćbyś jeszcze podświadomie przed nią uciekał – ona Ci nie odpuści. Szturchać Cię będzie, aż się nią staniesz. Swoją własną, przywróconą do życia w pełni naturą.